To nie prawda…

… że “choć w papierach lat przybyło to naprawdę wciąż jesteśmy tacy sami…” Tym bardziej nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że “tylko krowa nie zmienia poglądów”. Krową nie jestem więc mam prawo zmienić pogląd na to, co się dzieje wokół mnie(choćby końcowy wygląd tych moich blogowych wypocin). Miało być o nitkach, sznurkach i bajdurkach a chyba będzie też sporo o życiu(moim prywatnym) i tym co to ze soba niesie.

Z biegiem lat mam wrażenie poza dojrzewaniem i lepszym poznawaniem samych siebie (i naszych najbliższych) przede wszystkim “dosmaczamy się” i stajemy sie bardziej uważni. Czym jest to całe “dosmaczanie”?  Po trosze kulinarnym dosmaczaniem i szukaniem tego co nam w kuchni domowej pasuje i paradoksalnie odkrycie, że wbrew wszystkiemu można… a co to zależy od inwencji i chęci, bo jak się chce to czas się zawsze znajdzie. Można dużo i lepiej co nie tylko wiąże się z tym, że obiady są regularniejsze i bardziej zróżnicowane (HURA!) lecz przede wszystkim z tym, że nie zajmują aż tak strasznie dużo czasu jak się wydawało początkowo i kosztują mniej. Skoro kosztują mniej teraz to można pokusić się o spowodowanie by i w późniejszym terminie różnież mniej kosztowały czyli np. zrobić kilka słoiczków sałatki na zimę( w planach sałatka z cukinii, której promocyjna cena aż kusi i zachęca do tej odrobiny wysiłku). Można zrobić 3 słoiczki wiśni w cukrze. Póki co tylko trzy bo ilościowo nie było dużo ale zawsze jest szansa na więcej. Może nawet porzeczka wpadnie:)o jagody i grzybki marynowane czy nawet suszone nie musze się martwić jakoś specjalnie. Moja mama robi doskonałe grzybki(które sama zbiera podczas długiego relaksacyjnego pobytu na podkarpaciu), więc zawsze kilka słoiczków podrzuci po powrocie. Nam to wystarcza, bo choć grzbki w różnych postaciach lubimy (sosy, farsze) i jako dodatek do żurku czy kapuśniaku sprawdzają się świetnie suszone(równiez od mamy). Marynowane  to albo trzeba miec na nie ochotę albo jakąś dobrą okazję(czyt. z trunkami wysokoprocentowymi), których u nas jak na lekarstwo(okazji oczywiście). Można również piec własny chleb(co robimy od kwietnia 2012) smaczniejszy i tańszy w ogólnym rozrachunku. Czasem sie zdarzy kupić pieczywo w sklepie, ale po każdym takim zakupie przekonujemy sie na nowo, że co własne to zawsze lepsze.

W myśl tego(własne lepsze choćby jakie było:)zwłaszcza na początku drogi) mój Ślubny chce mnie rzucić w objęcia “kochanki”. Miałaby nią być… maszyna do szycia:) Tak właśnie. Trochę mam opory, bo w tej materii jestem bardziej początkująca niż w jakiejkolwiek innej dziedzinie handmade’u okołonitkowego. Owszem posiadam takowy sprzęt w domu (jeszcze na gwarancji i z bardzo małym przebiegiem). Jednak coś co się nazywa samozaparcie i wytrwałość w ćwiczeniach są u mnie na poziomie bliskim zeru. Dlaczego o tym piszę i co ma maszyna do szycia wspólnego z “dosmaczaniem”?

Mój Pięknooki Ślubny postanowił dosmaczyć siebie z pomocą tego co ma w szafie i w szafce z kosmetykami:) Nie, nie. Nie zaczął biegać do kosmetyczki, ani golić klaty(choć ma co to mu i tak nie pozwolę). Zwyczajnie zaczął zwracać większą uwagę na dobór stroju i używać kosmetyków nie tyle z wysokiej półki(które ostatnio coraz bardziej są zapachami unisex), co  odkrył, że prosta czynność może zamiast przekleństwa stać się celebracją męskiego ego. Mowa oczywiście o goleniu. Zmiana podejścia do tej kwestii i zaopatrzenie się w dwa nowe kosmetyki(które już wiem, że zostaną na dłużej) spowodowało mniej frustracji i zacięć podczas tego zajęcia. Czas operacyjny się nieco wydłużył, lecz spowodowało to  już  teraz (po raptem kilku dniach) widoczne zmiany na skórze twarzy jak i w umyśle. Złagodniał odrobinkę. Może na to wpłynął fakt, że praktycznie nałożyło się na siebie kilka kwestii. W tym jego dosmaczanie wyglądu i stroju z moim dosmaczaniem kuchennym, co ma przełożenie na zawartość lodówki(od kilku dni znowu jest problem włożyć tam choćby nadprogramowo kupiony jogurt) jak i talerza(częściej dwudaniowe obiady). O kwestii zdrowotnej nie wspomne bo to się ze soba łączy(również jako zalecenie lekarskie po ostratnim ataku bólu pleców).

Co do mnie to najpierw obserwuję Ślubnegoi jego poczynania. Potem ja się będę wysmaczać na terenie szafy(chwilowo szał zakupowy totalnie wykluczony i bezcelowy) by nie zostać jak ten Kopciuszek przy Pięknookim Księciu. Podobno kobiety mają łatwiej w tej kwestii(tak twierdzi moje Ślubne szczęście), ale to już histora na osobny wpis. Dziś się za bardzo rozpisałam. Handmade chwilowo zarzucony choć nie na długo, bo już mnie boli nie dokończona bluzka dla Młodej. No i oczywiście mam następne plany:)

Pozdrawiam tych, którzy zajrzeli i dali radę dotrwać do końca wpisu:) 

Magdalena

Advertisements
This entry was posted in Uncategorized. Bookmark the permalink.

One Response to To nie prawda…

  1. V. says:

    “Dosmaczanie” brzmi jak wyśmienity przepis na codzienność nie do znudzenia – kiedy nazbyt się przywiązać do spoglądania na żywot szkiełkiem i okiem, taki przeskok w domenę smaku urasta do nie tylko kuchennej rewolucji. Popieram, kradnę i pozdrawiam. 😀

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s