Makowe wspomnienia…

Makowe wspomnienia...

łączą się z czasem dzieciństwa gdy mak był poprostu ładnym zielskiem zbieranym przy drodze a nie potencjalnym zabójcą… z czasem gdy wszystkie kwestie opierały się na zasadzie lubie-nie lubie czy dobry-zły. Piękne to były czasy i dzieciństwo z błogostanem nieświadomości okrucieństw świata. Czasem gdy piaskownica była dla dzieci i nie było porzeby by mamusie przesiadywały z namibo p “rzecież może się stać komuś krzywda”. Czasem kiedy zadrapane kolano czy siniak na nodze nie był powodem do wizyty u szkolnego pedagoga bo przecież “siniaki to rzecz normalna u dzieci” i nikt z tego powodu nie pytał “czy rodzice się nad tobą znęcają?” Co to znaczy znęcaja? My (pokolenie wyżu demograficznego przełomu lat 70-80) znaczenia tego słowa praktycznie nie znaliśmy. Każdy biegał po podwórku wpadająć w pokrzywy czy kolczaste krzaczki utrudniające grę w berka. Każdy miał otarcia ze wspinaczki na drzewa(mimo że mama nie pozwalała). Każdy wisiał na wysokim trzepaku robiąc fikołki, które przyprawiały nasze mamy o zawrót głowy i w ich wyobraźni lądowaliśmy z rozbitymi głowami na pogotowiu. A co ciekawe rozbite głowy się zdarzały bardzo rzadko.
Dziś świat stanął na głowie. Właściwie my sami stanęliśmy. Tak właśnie. Obecni 30-tolatkowie to pokolenie tamtych szczęśliwych dzieciaków, które zartaciło gdzieś podstawy funkcjonowania w świecie. Przestaliśmy być tamtymi dziećmi (własnymi jeszcze nie zdążyliśmy być lub nie potrafimy być) a staliśmy się pokoleniem naszych… nie, nie rodziców. Dziadków lub nawet pradziadków, którzy wszędzie widzą panujące “zło i zepsucie”. Sami na własne życzenie (większość przecież ma mgr przed nazwiskiem w różnych dziedzinach) doprowadziliśmy do takiego stanu rzeczy, że aż strach się bać. Dziś nie śmiemy wychowywać naszych dzieci tak jak sami byliśmy wychowywani. Dziś na taki obrazek głośno krzyczą z każdej strony (tak od sąsiada jak i z telwizora) “PATOLOGIA!”
Ja mam takie obrazki niemal na wyciągnięcie ręki. Gdzie mieszkam? Mieszkam. W mieście. Między ludźmi. Nie twierdzę, że obecny adres jest szczytem moich marzeń. Nie będę nikogo gloryfikować (choć sporo tu “porządnych” ludzi) ani jakoś specjalnie potępiać. Szału nie ma. Fakt faktem: nie spotkasz w kamienicy pana mecenasa z dwójką dzieci na studiach czy pana doktora medycyny (no chyba że tuż po studiach lub w trakcie studiów, bo czynsz niski). Najczęściej są to zwykli ludzie, którzy radzą sobie jak potrafią najlepiej. Mimo (niejednokrotnie rażącej) niechęci ze strony “blokowych rodziców” dbają o dzieciaki. Są i tacy, którym już dawno “powinęła się noga” i na równi pochyłej powolutku staczają się w łatwym do przewidzenia kierunku.
Nie uwierzę w to, że w blokach mieszkają sami “idealni”. Tak nie jest. Wręcz przeciwnie. Sama mieszkałam w bloku przed przeprowadzką do męża. wszędzie zdarzy się sąsiad, który rzadko trzeźwieje i taki który pod płaszczykiem dobrego ojca i męża znęca się nad rodziną. Tylko jakoś w umysłach ludzkich stereotyp mówi “zło czai się w starych budynkach” a może dodać w “starych” umysłach? i nie mam tu na myśli metryki. Nie raz i nie dwa 30-letnia mamuśka ma podejście bardziej zafiksowane niż babcia 75-letnia.
Tak wiem. Rozpisałam się pseudopsychologicznie. Choć psycholog ze mnie żaden. Chyba przemówiła przeze mnie matka. Matka, która chcąc jak nalepiej dla tych najmłodszych roczników zastanawia się kiedy i gdzie świat zatracił wiarę w to, że dziecko potrafi poradzić sobie z jednym więcej siniakiem i zaczął zakładać nagminne kaski i ochraniacze. Pięknie ładnie. Podczas nauki jazdy na rowerze może się to przydać ale nie w codziennym życiu. Choć raz trzeba sobie rozwalić kolano spadając z roweru i zaciskając zęby wsiąść na niego z powrotem. Inaczej się nie da. Prawo dżungli? nie prawo naturalne. Silniejszy wygrywa. Tak było i tak będzie zawsze. Ubierając się w życiowe kaski i ochraniacze, nie znając bólu upadku i porażki skazujemy siebie i dzieci na porażkę. Nie od razu porażkę w wydaniu Nagród Darwina. Na porażkę w wydaniu niezaradności życiowej i strachu przed własnym życiem. Życiem, które choć bolesne potrafi przynieść całe mnóstwo pięknych chwili i mniejszych bądź większych zwycięstw nad własnymi słabościami.

Dla cierpliwych i/lub zaintersowanych rzeczonymi makami ze zdjęcia. Maki mają już kilka lat i są w posiadaniu mojej teściowej. Powstały niejako przypadkiem i po częsci przypadkiem do niej trafiły. Mama przyniosła je (ledwo zaczęte) od znajomej, której zabrkło chyba czasu czy ochoty. Dokończyłam jak potrafiłam najlepiej i schowałam do szuflady. Pewnego pięknego jesiennego dnia roku 2008 (kiedy to mój Ślubny był zaledwie dobrze rokującym kandydatem na chłopaka) dowiedziałam się o tym że jest ktoś komu być może poprawię humor takim kwiatowym bajerem. Więc za pośrednictwem syna przekazałam Matce obrazek.

Advertisements
Image | This entry was posted in Uncategorized. Bookmark the permalink.

One Response to Makowe wspomnienia…

  1. V. says:

    Na III roku PL załapaliśmy się ze względu na kwestie organizacyjne, całą grupą na wykłady z psychologii dziecięcej na pedagogice, które – na szczęście – prowadziła osoba z głową na karku, dystansem, i doświadczeniem opartym o zmagania z piątką własnych dzieci (żadna tam “wychowana” na europejskich podręcznikach psychologiczna ideolożka-terrorystka). Oprócz dozy faktów naukowych, tyleż samo faktów z życia, większość z taką samą zdroworozsądkową witaminą, więc zatem spokojnie skreślić “pseudo-” z notki, bo dobrze rzeczesz (dać jej flaszkę… mleka!) 🙂

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s