Jezioro w górach

Jezioro w górach

Miejsce idealne do odpoczynku (choćby weekendowego) od wszystkiego. Nawet jeśli to “wszystko” bedzie obecne obok to i tak się odpocznie 🙂

Oczywiście na planowaniu wieczoru z nitką się skończyło… bynajmniej wtedy-dziewczynki mocno utrudniły sprawę. Czasem tak bywa. Jednak nie żałuję, ani tym bardziej sie nie złoszczę bo to i tak nic nie zmieni.
Dlaczego ten obrazek? bo obecnie tworzony to również pejzaż z górskim jeziorem tylkojakieś 3 razy większy i z zameczkiem zamiast chatki. Póki co nie na sprzedaż ani nie na prezent. Chyba że przezent dla nas samych na ściankę która zieje pustką. Ten zezdjęcia jest w dwóch miejscach:) tak, tak wykonałam go dwukrotnie 😀 z niewielkimi róznicamiw kolorystyce(raczej odcieniach) ten zdobi ścianę u mojej mamy w pokoju natomiast drugi przepadł gdzieś w norweskich fiordach(w przenośni). Spokojnie. Wszyscy cali i zdrowi. Nikt nie zginął. Obrazek został w starym mieszkaniu (jak się okazało po przepowadzce wlaściciela) ot tyle. Rozmiarami podobny “krzykaczowi” powstal dawno temu. Niemal w innym życiu… ale to osobna historia. tymczasem uciekam 🙂 Słodkich snów

Image | Posted on by | Leave a comment

DyleMatki czyli małe dylematy młodej matki…

…czyli czy kłaść się spać gdy dzieci mają drzemkę czy połaczyć przyjemne z pożytecznym i zrobić sobie kawę a rodzinie chlebuś upiec i obiad przygotować w miarę możliwośći łącząc to z haftem bądź jak teraz blogiem?

 Już znacie odpowiedź. Choć drzemka w ciągu dnia jest bardzo kuszącą perspektywą przy rozbrykanej Mince i krzyczącej co 2-3 godziny o jedzenie Polce to jednak kawa wygrywa. Ciasto chlebkowe już rośnie w misce, a ja odpoczywam pisząc i planując wieczór z nitką. Ślubny mimo soboty niestety w pracy, więc każda minuta ciszy i spokoju bez wszędobylskiej Minkusi jest świetnym relaksem-prawie jak wygrzewający prysznic (u mnie tylko to możliwe) czy relaksująca kąpiel w wannie.

Już śpieszę z wyjaśnieniami dla dociekliwych. Polka jest tak świeżą postacią w rodzinie, że najchętniej siedziałaby cały dzień na rękach przy butelce względnie cycusiu i jadła o ile to możliwe nawet co godzinę. W tym przypadku jest to całkowicie uzasadniona postawa gdyż ten wielki Człowiek nie ma nawet jeszcze miesiąca życia. Minka natomiast podgląda na jakie zachowania Malutkiej zwraca się uwagę i naśladuje w sposób karykaturalny. Poza tym zawsze była tulaśna i całuśna wobec rodziny. Teraz się to jedynie nasiliło. Jednak dodatkowo doszła płaczliwość z naprawdę błahych powodów jak np. urwany zaczep w pieluszce i już płacz bo “pieluszka ma ała”. Jest to dziwne. Zarazem śmieszne i przerażające w jej wykonaniu, gdyż do tej pory nie była beksą i trzeba się było postarać żeby zapłakała a teraz… jakiś obłęd.

Żeby nie było tak różowo, że miałam czas tylko dla siebie, chlebka i pisania tutaj… najmniejsza oczywiście urządziła akcje “Mama pielucha i jedzenie” mimo że od ostatniego jej jedzenia minęło tylko ciut więcej jak godzina. Cóż było zrobic jak nakarmić  głodomorka i zmienić mokre które utrudnia spanie. I tak Starsza się wybudza a Ślubny niedługo wróci po pracy. Bilans? Średni dziecko najedzone z czystą pieluchą śpi spokojnie, chleb czeka na zrzcuenie do blaszek, starsza się budzi a z obiadu to tylko grzybowa na szybko do odgrzania bo reszta w powijakach. Tak więc pozdrawiam tych mających więcej czasu i zmykam do kuchni. Dla zainteresowanych dane dotyczące chleba w najbliższym czasie jeśli znajdzie się ktoś zainteresowany własną produkcją takowego pieczywa.

Posted in Uncategorized | Leave a comment

Najgorsze to wyobrażać sobie…

piekne szczęśliwe zakończenie i “żyli długo i było im radośnie” podczas gdy rzeczywistość, której się tak bardzo oczekiwało nijak ma się do wykreowanego bajkowego zakończenia. Im dłużej się czeka tym gorzej, bo się ma za dużo czasu na myślenie i fantazjowanie.

Przez połowę sierpnia czekałam i myslałam. Budowałam sobie w głowie jak to wszystko będzie działać-bo niby dlaczego miałoby nie działać tak jak chcę? Jednak teraz kiedy Ślubnemu zostało tylko kilka dni urlopu, Malutek poza płaczem nie potrafi zareagować na nadmiar czułości ze strony Dwulatki ja wpadam w paranoję i popłoch jak sobie poradzę gdy braknie urlopu. 

Nie jestem typem panikary raczej złośnicy i nerwusa (stąd te wszystkie czasochłonne krzyżyki). Gdy zaczyna brakować czasu na podstawowe czynności wokół siebie (choćby sen czy śniadanie) zaczynam się strasznie łatwo irytować i chodząc struta cały dzień psuje wszystkim dookoła humor. Czemu? nie mam pojęcia. Od lat łatwo było mnie wyprowadzić z równowagi drobnostką gdy nieświadomie ktoś trafił na przeładowanie strefy buforowej. Teraz o to łatwiej niż sądziłam. Rano dziewczynki wstają jak na komendę i w tym samym wojskowym trybie domagają się racji żywnościowej zwanej śniadaniem. Potem jakoś jest, a powtórka z rozrywki zaczyna się wieczorem podczas kolacji i kładzenia spać. Gdy tylko jednego małego potworka się w miarę ogarnie i uspokoi to drugi zaczyna arię. Choćby wczoraj między 20 a 24 Mała szalała z zasypianiem wybudzając Młodą. Tyle spokoju co na cycusiu lub 10 minutówki w gondolce wózka lub leżaczku (nawet pod prysznic ciężko wskoczyć) no bo oczywiście  wzdęty brzuszek. No i w koło Macieju tulenie, bujanie, dostawianie. Ręce opadają z bezradności i ciągłego bujania. Irytacja przechodzi w złość i panikę a w końcu w bezsilność i niechęć połączoną ze wstrętem do siebie samej oraz włączeniem głosu “Mega Samokrytyka” w głowie. 

Gdy nastaje upragniona cisza na obu frontach szok jest tak duży, że ciężko uwierzyć w nadmiar szczęścia. Zmęczenie przechodzi w bojową czujność, która likwiduje na jakiś czas senność by potem nie pozwalić zbyt szybko przysnąć przechodząc w tryb “snu zająca w zaroślach”. Każdy dźwięk z pola bitwy stawia na nogi i znowu nie pozwala zbyt szybko zasnąć co wykorzystuje “Mały Agresor” upominając się o swoje średnio co 30 minut przez następne 2 godziny by łaskawie zasnąć i spać nie całe 2. Strach się bać co będzie dziś wieczorem. Zbieram mleczną amunicję choć nie wiem czy kaliber dobry i czy wystarczająca jest ładowność magazynów. Starszy Potworek mnie pokonał i uspokoił sie dopiero przy ładunku mleczno-butelkowym co dało nam regulację i kontrolę godzin karmienia oraz ilości zjadanych porcji. Historia się raczej powtórzy, bo choć magazyny są załadowane to każda próba rozładunku kończy się jednostajnym bólem przeładunkowym.

Posted in Uncategorized | 1 Comment

Makowe wspomnienia…

Makowe wspomnienia...

łączą się z czasem dzieciństwa gdy mak był poprostu ładnym zielskiem zbieranym przy drodze a nie potencjalnym zabójcą… z czasem gdy wszystkie kwestie opierały się na zasadzie lubie-nie lubie czy dobry-zły. Piękne to były czasy i dzieciństwo z błogostanem nieświadomości okrucieństw świata. Czasem gdy piaskownica była dla dzieci i nie było porzeby by mamusie przesiadywały z namibo p “rzecież może się stać komuś krzywda”. Czasem kiedy zadrapane kolano czy siniak na nodze nie był powodem do wizyty u szkolnego pedagoga bo przecież “siniaki to rzecz normalna u dzieci” i nikt z tego powodu nie pytał “czy rodzice się nad tobą znęcają?” Co to znaczy znęcaja? My (pokolenie wyżu demograficznego przełomu lat 70-80) znaczenia tego słowa praktycznie nie znaliśmy. Każdy biegał po podwórku wpadająć w pokrzywy czy kolczaste krzaczki utrudniające grę w berka. Każdy miał otarcia ze wspinaczki na drzewa(mimo że mama nie pozwalała). Każdy wisiał na wysokim trzepaku robiąc fikołki, które przyprawiały nasze mamy o zawrót głowy i w ich wyobraźni lądowaliśmy z rozbitymi głowami na pogotowiu. A co ciekawe rozbite głowy się zdarzały bardzo rzadko.
Dziś świat stanął na głowie. Właściwie my sami stanęliśmy. Tak właśnie. Obecni 30-tolatkowie to pokolenie tamtych szczęśliwych dzieciaków, które zartaciło gdzieś podstawy funkcjonowania w świecie. Przestaliśmy być tamtymi dziećmi (własnymi jeszcze nie zdążyliśmy być lub nie potrafimy być) a staliśmy się pokoleniem naszych… nie, nie rodziców. Dziadków lub nawet pradziadków, którzy wszędzie widzą panujące “zło i zepsucie”. Sami na własne życzenie (większość przecież ma mgr przed nazwiskiem w różnych dziedzinach) doprowadziliśmy do takiego stanu rzeczy, że aż strach się bać. Dziś nie śmiemy wychowywać naszych dzieci tak jak sami byliśmy wychowywani. Dziś na taki obrazek głośno krzyczą z każdej strony (tak od sąsiada jak i z telwizora) “PATOLOGIA!”
Ja mam takie obrazki niemal na wyciągnięcie ręki. Gdzie mieszkam? Mieszkam. W mieście. Między ludźmi. Nie twierdzę, że obecny adres jest szczytem moich marzeń. Nie będę nikogo gloryfikować (choć sporo tu “porządnych” ludzi) ani jakoś specjalnie potępiać. Szału nie ma. Fakt faktem: nie spotkasz w kamienicy pana mecenasa z dwójką dzieci na studiach czy pana doktora medycyny (no chyba że tuż po studiach lub w trakcie studiów, bo czynsz niski). Najczęściej są to zwykli ludzie, którzy radzą sobie jak potrafią najlepiej. Mimo (niejednokrotnie rażącej) niechęci ze strony “blokowych rodziców” dbają o dzieciaki. Są i tacy, którym już dawno “powinęła się noga” i na równi pochyłej powolutku staczają się w łatwym do przewidzenia kierunku.
Nie uwierzę w to, że w blokach mieszkają sami “idealni”. Tak nie jest. Wręcz przeciwnie. Sama mieszkałam w bloku przed przeprowadzką do męża. wszędzie zdarzy się sąsiad, który rzadko trzeźwieje i taki który pod płaszczykiem dobrego ojca i męża znęca się nad rodziną. Tylko jakoś w umysłach ludzkich stereotyp mówi “zło czai się w starych budynkach” a może dodać w “starych” umysłach? i nie mam tu na myśli metryki. Nie raz i nie dwa 30-letnia mamuśka ma podejście bardziej zafiksowane niż babcia 75-letnia.
Tak wiem. Rozpisałam się pseudopsychologicznie. Choć psycholog ze mnie żaden. Chyba przemówiła przeze mnie matka. Matka, która chcąc jak nalepiej dla tych najmłodszych roczników zastanawia się kiedy i gdzie świat zatracił wiarę w to, że dziecko potrafi poradzić sobie z jednym więcej siniakiem i zaczął zakładać nagminne kaski i ochraniacze. Pięknie ładnie. Podczas nauki jazdy na rowerze może się to przydać ale nie w codziennym życiu. Choć raz trzeba sobie rozwalić kolano spadając z roweru i zaciskając zęby wsiąść na niego z powrotem. Inaczej się nie da. Prawo dżungli? nie prawo naturalne. Silniejszy wygrywa. Tak było i tak będzie zawsze. Ubierając się w życiowe kaski i ochraniacze, nie znając bólu upadku i porażki skazujemy siebie i dzieci na porażkę. Nie od razu porażkę w wydaniu Nagród Darwina. Na porażkę w wydaniu niezaradności życiowej i strachu przed własnym życiem. Życiem, które choć bolesne potrafi przynieść całe mnóstwo pięknych chwili i mniejszych bądź większych zwycięstw nad własnymi słabościami.

Dla cierpliwych i/lub zaintersowanych rzeczonymi makami ze zdjęcia. Maki mają już kilka lat i są w posiadaniu mojej teściowej. Powstały niejako przypadkiem i po częsci przypadkiem do niej trafiły. Mama przyniosła je (ledwo zaczęte) od znajomej, której zabrkło chyba czasu czy ochoty. Dokończyłam jak potrafiłam najlepiej i schowałam do szuflady. Pewnego pięknego jesiennego dnia roku 2008 (kiedy to mój Ślubny był zaledwie dobrze rokującym kandydatem na chłopaka) dowiedziałam się o tym że jest ktoś komu być może poprawię humor takim kwiatowym bajerem. Więc za pośrednictwem syna przekazałam Matce obrazek.

Image | Posted on by | 1 Comment

Krzykacz ;)

Krzykacz ;)

Właściwie to “reprodukcja” w postaci krzyżykowej Obrazu “Krzyk” Edwarda Muncha. Tak udało mi się go popełnić kilka ładnych lat temu. Nie pamięam dokładnie kiedy go zrobiłam. Wzór pochodzi z czasopisma “Hafty Polskie” nr 1/2003 z którego pochodzi jeszcze jeden obrazek na przesłanie którego szczerze liczę choć obecny właściciel mocno zabiegany:) Po wykonaniu maleństwo jeszcze dłuższy czas leżało w szafie czekając okazji do zmiany rąk. Dzisiejsza prezentacja mogła dojść do skutku dzięki uprzejmości V. któryjest obecnym posiadaczem tegoż tworu.

Historia powstawania i wszystkiego dookoła obrazka jest pokręcona jak nasza znajomość V. Raz namiętnie szyłam by potem na dłużej zapomnieć i wrócić znowu. Podobnie z nami. Wzloty i upadki. Chyba tak to już jest, że im większa odległość tym ciężej utrzymać regularność kontaktów. Pomijam fakt, iż mało kto wierzy w przyjaźń damsko-męską w czystej postaci. W postaci całkowicie sympatycznej i platonicznej bez prób szukania erotycznej bliskości fizycznej. Choć prób szukania bliskości fizycznej było dużo(co chyba normalne, że chcemy się z kimś widywać jak się lubimy nawet mimo ok. 300 km odległości) z różnym jednak skutkiem to i tak największym naszym sprzymierzeńcem była Poczta Polska, która w najlepszym czasie dostarczała dziesiątki stron listów. Tak, tak. Tych zwykłych papierowych. To był najlepszy czas… gdy pojawiły sie możliwość komórkowe tudzież mailowe a papierowe listy zaczęły topnieć błyskawicznie… został sentyment i piękna pamiątka, ale kontakt się udało utrzymać z niewielką co prawda ilością rzeczywistych spotkań(których nigdy nie było zbyt wiele) to jednak Ślubny i V. mieli okazję się poznać i (odnoszę wrażenie) obustronnie polubić. Planowane było spotkanie w Krakowie jednak do tej pory nie doszło ono do skutku. Szkoda. W związku z okolicznościami przyrody jakie ostatnio mają miejsce nie mam pewności, że w tym roku uda nam się spotkać. Cóż trzeba czekac, zbierać siły i mieć nadzieję. Czas pokaże.

Choć czas jest pojęciem względnym to jego upływ już jest bezwzględny. Tak dla ludzi jak i dla ich wyobrażeń na różne tematy. Choć do finishu jeszcze kawałek to jednak jest to już nie odcinek specjalny lecz ostatnia prosta.Na dodatek lekko z górki, więc nie powinno być źle. O efektach poinformuję jak będzie o czym póki co życzę słodkich snów.
M.

Image | Posted on by | 1 Comment

Znowu się…

udało:)

Dzień zaliczam do udanych mimo początkowego kryzysu i focha u Młodej, która dziś miała dzień na “nie”. Wstać? Nie… Drzemka? “NIE!” Po ciężkiej przeprawie pełnej zmian zdania u młodej(około godzinna mordęga)i zmianie łóżka na docelowe… udało się. Tyle że padłyśmy obie. Takie nietomne zastał nas Ślubny po powrocie z pracy. Obiad. Potem kawałek arbuza 🙂 no to idziemy? “NIEEEEEEEEEE!”  no to zostajemy? super nie ma problemu… “NIEEEEEEEEE!” “Buju buju” Ubierzemy sie pójdziemy na huśtawkę..”nieeeeeeeeeeee” krzyczy i płacze aż się zanosi kobitka. Po ciężkich bojach i tłumaczeniach że wszyscy pójdziemy z tatusiem, że huśtawka i w ogóle udalo się wyjść. Trochę spokoju (bo jest na zewnątrz) potem kąpiel, kolacja i… znowu zaczęła się robić nieznośna.

Ja walczyłam ze słoiczkami upychając sałatkę z cukinii(tą samą o której pisałam poprzednio, że planuję zrobić) a Młoda plątała się po kuchni i grzebała w szafce z garnkami siedząć na wózeczku dla lalek(w którym kiedyś utknie jak nie zaprzestanie tego procederu). Ślubny do mnie, że czas na Młodą(zrobiło się już trochę po 20). Na biegu zamykałam słoiki i wydawałam dyrektywy co do zagotowania tychże. Musiałam odblokować miskę bo jeszcze czekało nas pieczenie chlebka no i byliśmy bez kolacji.

Tym razem bez skrupółów umiejscowiłam ją w małym łóżeczku. Powiedziała dobranoc i… spokój. Śpi do tej pory. Owszem czasem ją słysze jak coś tam się wierci i pokwękuje ale to niegroźne jest. Powinna spać do rana. Kolacja zjedzona. Słoiki zagotowane. Wyszło 6 słoiczków różnej wielkości z około 2 kg cukinii i dodatków. Już planuje następny sort salatki do słoiczków:) Chlebek upieczony. Nawet z żelazkiem udało mi się przeprosić na trochę (ok. godzinki prasowania) bo nie bardzo mogę wystać przy desce. Rozeznanie w obuwiu i odzieży męskiej zrobione i zaklepane kilka rzeczy do nadzoru(ciąg dalszy “dosmaczania”). Ślubny zmęczony już śpi a ja też się zbieram bo się zrobiła jakaś nieprzyzwoita godzina(znowu siedzę po nocach i śpię po jakieś 6 godzin z rzadka dosypiając z Młodą).

Jutro.. Znaczy dziś… w planach obiad z cukinią w roli głównej i pieczenie ciasta bo musi odpocząć w lodówce do niedzieli(przepis zawiera śmietankę kremówkę i czekoladę więc wiadomo jak to jest) plus pranie i znowu trochę prasowania. O obowiązkowym spacerze z Młodą nie wspominam bo to już rytuał się zrobił. Słodkich snów. 

Posted in Uncategorized | Leave a comment

To nie prawda…

… że “choć w papierach lat przybyło to naprawdę wciąż jesteśmy tacy sami…” Tym bardziej nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że “tylko krowa nie zmienia poglądów”. Krową nie jestem więc mam prawo zmienić pogląd na to, co się dzieje wokół mnie(choćby końcowy wygląd tych moich blogowych wypocin). Miało być o nitkach, sznurkach i bajdurkach a chyba będzie też sporo o życiu(moim prywatnym) i tym co to ze soba niesie.

Z biegiem lat mam wrażenie poza dojrzewaniem i lepszym poznawaniem samych siebie (i naszych najbliższych) przede wszystkim “dosmaczamy się” i stajemy sie bardziej uważni. Czym jest to całe “dosmaczanie”?  Po trosze kulinarnym dosmaczaniem i szukaniem tego co nam w kuchni domowej pasuje i paradoksalnie odkrycie, że wbrew wszystkiemu można… a co to zależy od inwencji i chęci, bo jak się chce to czas się zawsze znajdzie. Można dużo i lepiej co nie tylko wiąże się z tym, że obiady są regularniejsze i bardziej zróżnicowane (HURA!) lecz przede wszystkim z tym, że nie zajmują aż tak strasznie dużo czasu jak się wydawało początkowo i kosztują mniej. Skoro kosztują mniej teraz to można pokusić się o spowodowanie by i w późniejszym terminie różnież mniej kosztowały czyli np. zrobić kilka słoiczków sałatki na zimę( w planach sałatka z cukinii, której promocyjna cena aż kusi i zachęca do tej odrobiny wysiłku). Można zrobić 3 słoiczki wiśni w cukrze. Póki co tylko trzy bo ilościowo nie było dużo ale zawsze jest szansa na więcej. Może nawet porzeczka wpadnie:)o jagody i grzybki marynowane czy nawet suszone nie musze się martwić jakoś specjalnie. Moja mama robi doskonałe grzybki(które sama zbiera podczas długiego relaksacyjnego pobytu na podkarpaciu), więc zawsze kilka słoiczków podrzuci po powrocie. Nam to wystarcza, bo choć grzbki w różnych postaciach lubimy (sosy, farsze) i jako dodatek do żurku czy kapuśniaku sprawdzają się świetnie suszone(równiez od mamy). Marynowane  to albo trzeba miec na nie ochotę albo jakąś dobrą okazję(czyt. z trunkami wysokoprocentowymi), których u nas jak na lekarstwo(okazji oczywiście). Można również piec własny chleb(co robimy od kwietnia 2012) smaczniejszy i tańszy w ogólnym rozrachunku. Czasem sie zdarzy kupić pieczywo w sklepie, ale po każdym takim zakupie przekonujemy sie na nowo, że co własne to zawsze lepsze.

W myśl tego(własne lepsze choćby jakie było:)zwłaszcza na początku drogi) mój Ślubny chce mnie rzucić w objęcia “kochanki”. Miałaby nią być… maszyna do szycia:) Tak właśnie. Trochę mam opory, bo w tej materii jestem bardziej początkująca niż w jakiejkolwiek innej dziedzinie handmade’u okołonitkowego. Owszem posiadam takowy sprzęt w domu (jeszcze na gwarancji i z bardzo małym przebiegiem). Jednak coś co się nazywa samozaparcie i wytrwałość w ćwiczeniach są u mnie na poziomie bliskim zeru. Dlaczego o tym piszę i co ma maszyna do szycia wspólnego z “dosmaczaniem”?

Mój Pięknooki Ślubny postanowił dosmaczyć siebie z pomocą tego co ma w szafie i w szafce z kosmetykami:) Nie, nie. Nie zaczął biegać do kosmetyczki, ani golić klaty(choć ma co to mu i tak nie pozwolę). Zwyczajnie zaczął zwracać większą uwagę na dobór stroju i używać kosmetyków nie tyle z wysokiej półki(które ostatnio coraz bardziej są zapachami unisex), co  odkrył, że prosta czynność może zamiast przekleństwa stać się celebracją męskiego ego. Mowa oczywiście o goleniu. Zmiana podejścia do tej kwestii i zaopatrzenie się w dwa nowe kosmetyki(które już wiem, że zostaną na dłużej) spowodowało mniej frustracji i zacięć podczas tego zajęcia. Czas operacyjny się nieco wydłużył, lecz spowodowało to  już  teraz (po raptem kilku dniach) widoczne zmiany na skórze twarzy jak i w umyśle. Złagodniał odrobinkę. Może na to wpłynął fakt, że praktycznie nałożyło się na siebie kilka kwestii. W tym jego dosmaczanie wyglądu i stroju z moim dosmaczaniem kuchennym, co ma przełożenie na zawartość lodówki(od kilku dni znowu jest problem włożyć tam choćby nadprogramowo kupiony jogurt) jak i talerza(częściej dwudaniowe obiady). O kwestii zdrowotnej nie wspomne bo to się ze soba łączy(również jako zalecenie lekarskie po ostratnim ataku bólu pleców).

Co do mnie to najpierw obserwuję Ślubnegoi jego poczynania. Potem ja się będę wysmaczać na terenie szafy(chwilowo szał zakupowy totalnie wykluczony i bezcelowy) by nie zostać jak ten Kopciuszek przy Pięknookim Księciu. Podobno kobiety mają łatwiej w tej kwestii(tak twierdzi moje Ślubne szczęście), ale to już histora na osobny wpis. Dziś się za bardzo rozpisałam. Handmade chwilowo zarzucony choć nie na długo, bo już mnie boli nie dokończona bluzka dla Młodej. No i oczywiście mam następne plany:)

Pozdrawiam tych, którzy zajrzeli i dali radę dotrwać do końca wpisu:) 

Magdalena

Posted in Uncategorized | 1 Comment